Spokój, błogi spokój, kamień z serca, co za ulga - tak to krótko mogę opisać.



Bo proces decyzyjny, a przeszłam wszystkie etapy, to były nerwy, szybkie decyzje, nagłe zwroty sytuacji, niezapowiedziane kłody pod nogi. S. budził mnie nie raz, w środku nocy jak darłam się na cały dom - ratunku, albo tylko się darłam niezrozumiale.

Długo przeciągałam, ale ta zima pokazała mi, że takie życie to nie życie które bym chciała prowadzić. A że to choroba postępująca, to lepiej już było. I że na drugą taką zimę (kiedy to świat wołał, a chodzenie bolało) to ja już chęci nie mam. Ani czasu.

No ale gdzie, jaką metodą, jaka proteza - tu możliwości wyboru ogromne. Czytałam co tylko mogłam na fb endogrupach, było to kształcące, ale też bardzo wystraszające i każdy zresztą był w innej sytuacji.

Termin w "moim szpitalu" = październik 2027, a mnie bolało już całe udo i kolano.

Więc jeszcze jeden zwrot myślowy, robię to szybko = komercyjnie w szpitalu Enel - Med. 

Jeszcze tylko niezliczona ilość badań przed, niespodziewany problem z zatokami, antybiotyk, który przesunął termin i badania straciły ważność. Powtórzyłam je.

A w międzyczasie biodro (kolano i spółka) przestało prawie boleć, więc całkiem niezły, rowerowy weekend miałam. Tak na koniec tego etapu.

I potem było już spokojnie. Spałam jak kamień, nie płakałam, żegnając się z S. pod windą. Przytomnie zabrałam ze sobą szydełko i skomplikowaną chustę w trakcie, więc nic, a nic się nie nudziłam, czekając już na sali. 

Wszyscy mega pomocni, kompetentni, panie pielęgniarki delikatne = weflon założony nie wiadomo kiedy.

Dwie jeszcze osoby na sali, ale komórki wyciszone, a na wielką plazmę TV na ścianie żadna z nas nawet nie spojrzała (co za ulga). Wykąpałam się, specjalną gąbką zdezynfekowałam bok, na którym miałam wyrysowane różne strzałki, a one się zmyły od razu. Narysowałam je jeszcze raz. Założyłam całkiem niezłą piżamę i jak przyszedł pielęgniarz, poszłam za nim. Coś już tam w żyłach miałam rozweselającego, bo śmiałam się i żartowałam w odpowiedzi na żarty pielęgniarki. Weszłam na łóżko, znowu kroplówka: może się w głowie zakręcić - usłyszałam i proszę usiąść i się pochylić - to ostanie co pamiętam.

No i wybudzenie, info, że wszystko poszło ok, do swojej sali wróciłam, z pomocą ubrałam się we własną piżamę w historie komiksowe myszki miki na całych spodniach.

I spałam, trochę rozmawiałam z sąsiadkę (też bioderko, tylko po lewej stronie). Kroplówki, tabletka na sen. Sikanie do basenu (nie poszło mi, pierwsze w życiu cewnikowanie, którego zupełnie nie poczułam). Tylko panikę przed nim.

Na drugi dzień bezproblemowa pionizacja, kontrolny rentgen, trochę chodzenia o kulach. Spanie, spanie, spanie.

Na trzeci dzień o godzinie 10 - do domu.

Spoko weszłam do auta (wysokie na szczęście) i na moje czwarte piętro. 

S. robi mi co wieczór zastrzyk i zmienia opatrunek (delikatny sznureczek zupełnie ładnej skóry). I zakłada mi jedną skarpetkę, chociaż czasami próbuję sama, używając lewej nogi i długiej, drewnianej łychy, takiej co babcia bigos mieszał(strasznie niepomocna moja lewa, a są ludzie, którzy stopami obrazy malują). Próbowałam używać widelec, ale nie polecam, bo dziurawi i zaciąga skarpetkę. Śpię dużo, robię zalecone ćwiczenia, ale to tyle co nic, bo teraz jest czas gojenia się. Jem dobrze, ale z apetytem u mnie nie bardzo. Czytam, szydełkuję, gadam coraz więcej i jest codziennie coraz lepiej.

A 2 czerwca kontrola, zdjęcie szwów i powoli rehabilitacja się zaczyna.

2 komentarze:

  1. Niech wszystko biegnie dalej tak spokojnym biegiem, szydełkuj, odpoczywaj i ciesz się nowym, lepszym życiem. Jeszcze przed Tobą dużo kilometrów do przejechania na rowerze, dużo pięknych zakątków do odwiedzenia i spływów kajakowych do przepłynięcia:)

    OdpowiedzUsuń