Od 1 grudnia do końca miesiąca, biorę udział w wyzwaniu - poznawaniu zimna.
Prowadzi je Valerjan Romanovski, który jest dla mnie w sprawie zimna autorytetem.
Prawie codziennie jest krótki wykład i zadanie/ćwiczenie do wykonanie. Filmik albo zdjęcie pokazujemy w FB grupie. Celem jest zrobić je spokojnie (to ćwiczenie), poczuć co się z naszym umysłem i ciałem dzieje. Można pytać, komentować, zobaczyć na ile różnych sposobów można np wchodzić do wody, bo różne mamy możliwości. Sporo osób ma swoją beczkę (na tarasie np, czy balkonie), basen w ogrodzie, są szczęściarze mieszkający nad jeziorem, czy nad morzem. Są też tacy jak ja, mieszkający w bloku, otoczeni sąsiadami.
Zadanie na piątek było: wyjść na dwór w kostiumie, mieć ze sobą lodowatą wodę w wiaderku, spokojnie wypić coś ciepłego - herbatę/kawę, i równie spokojnie wylać sobie tą wodę na głowę 😯. I jeszcze filmik zrobić.
No i usnąć nie mogłam, tyle planów miałam.
Do parku pojechać, gdzie krzaczory są i sporo różnych, ćwiczących dziwaków - no ale jak tam wodę przetransportować (ta ze stawów syfiasta bardzo jest) i co potem z mokrą głową.
Na dach wyjść, ale jak ktoś zobaczy, do Spółdzielni doniesie (nie wolno wchodzić na dach) no i tam jest drabinka, po której wodę to chyba w jakimś kanistrze trzeba by było wytachać - no i czy my mamy jakiś kanister 🤔. I jak ta woda z brudnego dachu zacznie ściekać na świątecznie umyte okna!
Dodatkowym utrudnieniem było to, że S. na działce i filmik musiał się sam robić, a niezbyt mam doświadczenie, jak źle komórkę ustawię i coś dotknie do ekranu, nagrywanie skończone. A powtórek nie będzie. Lodowata woda w garnku (wiaderka nie mam) jest tylko na raz.
Wybrałam wersję organizacyjnie najprostszą: wieczorem wodę na balkonie w największym garnku zostawiłam. Rano, tak koło godziny 8, jak jeszcze szaro i ciemnawo na osiedlu było, na szorty i górę od kostiumu, kurtkę narzuciłam, do plecaka termos z gorącą herbatą, ręcznik i komórkę spakowałam. Okulary zostawiłam w domu, żeby nie widzieć, czy ktoś gapi się czy nie.
Zimno było, ale, wolno oddychając, wypiłam kubek herbaty (to ta przyjemna część), zrobiłam próbę generalną filmowania. Wszystko w takim kąciku na żywopłotem, pod oknami tych co jeszcze spali, miałam nadzieję, albo w szkole już siedzieli.
I wylałam sobie garnek lodowatej wody na głowę. O tak:
Szybko to było, głowę za bardzo do przodu pochyliłam, żałowałam, że na jakiejś łące nie jestem i więcej wody nie mam, bo tak jakoś więcej emocji z samą logistyką niż z doświadczenia.
Powtórka będzie na 100% w jakiś bardziej sprzyjających okolicznościach.
I nie, nie jestem taka chuda, tylko kamera przy samej ziemi stała.
Poniedziałek: 20 km rower + 0,5h siłownia
Wtorek: 20 km rower
Środa: 20 km rower + 30 min. siłownia
Czwartek: 20 km rower, 0,5h siłownia + rehab.
Piątek: 20 km rower + łażenie po moim lokalnym "centrum handlowym", coś tam pomierzyłam nawet, ale moja zeszłoroczna (i przedzeszłoroczna) sukienka zwyciężyła
Sobota: 20 km rower + morsowanie 15 min.
Niedziela: 20 km rower + morsowanie 15 min.

Jesteś pozytywnie zakręcona,zimna woda nie robi na mnie wrażenia ale odwaga przed obserwującymi już tak.🏆👍🙌
OdpowiedzUsuńSpecjalnie bez okularów poszłam, żeby nie widzieć tych co widzą 😉
UsuńPodziwiam!
OdpowiedzUsuń😊
Usuńomg, odwazna, mnie by z kijem tak nie wygonil.
OdpowiedzUsuńOooo jak mi się takie sprawy podobają. Brawo! No i zapowiada się, zdrowie i uroda.
OdpowiedzUsuń