Moje korpo, drugi chyba już raz, organizuje jednodniowy wyjazd, żeby las sadzić. Kilka takich miejsc w Polsce leśnicy wyznaczyli, takich że bioróżnorodność ma tam być, drzewa nie będą ścinane, sadzone są luźno, żeby pomiędzy niektóre gatunki same wyrastały.
Ucieszyłam się jak zwykle ja na początku 😀. Zapisałam się od razu. Omówiłam wszystko ze znajomymi. Powspominaliśmy jakieś poprzednie (wieki temu), całkiem udane sadzenie lasu (i jeszcze kilka innych spraw przy okazji).
A na drugi dzień sprawdziłam dokładnie jak to jest daleko. Jest daleko - 100 km. I jak wracać będziemy w największe korki, a ja w autokarze nie czuję się najlepiej = resztki mojej choroby lokomocyjnej.
I wypisałam się. I nie wiem czy nie żałuję 🤔
Trudne czasami bardzo jest podjęcie decyzji, co do czegoś, w czasie odsuniętego.
A na moim balkonie jemioła w doniczce stoi - zamiast bratków. Bratki później trochę będą.
Osocze po raz drugi zadziałało, biodro całkiem, całkiem, na rowerze szczególnie dobrze wszystko w nim pracuje. Więc kręcę nogami (już prawie 500 km w tym sezonie) i głową, żeby wszystko dobrze zobaczyć - gdzie krokusy (małe, bo sucho bardzo), gdzie pierwiosnki, a gdzie koćki na drzewach.
Na naszą działkę jeszcze odwagi pojechać jeszcze nie mam, choć mnie korci. Tam zawsze czas wstecz przesunięty, zimniej jest i mniej kolorowo. S. był i opowiedział mi wszystko - bociana nie ma, i myszy. I nie ma na rynku w Długosiodle, malutkiego, zarośniętego pana, Krasnalem go nazywamy, który jest tam prawie zawsze. Są żurawie i koty. I ptaki już śpiewają.
W niedzielę, morsować pojechałam na rowerze. Na krańcach jeziorka wciąż lód jeszcze, ale po wyjściu ciepło, można gadać, ubierać się spokojnie, dreszcze nie są jakieś mocne. Wędkarze nie siedzą już wokół swojego przerębla, tylko na brzegu. Zniknęła zimowa magia tego miejsca, jak w zwykłym, ładnym parku się zrobiło.
Pierwszy motyl cytrynek się pokazał. I mucha.













