Dosłownie i w przenośni 😕
Jeszcze zeszły tydzień był piękny i pięknym weekendem się zakończył - w lesie spędzonym oczywiście. Wciaż są grzyby (ale dużo mniej ich jest, co zupełnie nie szkodzi, bo mam ich wyjatkowo potężny zapas).
Wieczorne ogniska nie tylko dla przyjemności są, bez ich ciepła do domku i kozy trzeba byłoby uciekać. Sikorki stadem całym przylatują do słoneczników, które rozkładam dla nich w miejscach dla kotów niedostępnych i pasą się od rana do zmroku.
Winogron całą łubiankę dostałam, kwaśne są i chyba tylko ja i ptaki je lubimy jeść.
A ja na rowerze śmigam🚴 , treningi z obciażeniem robię 🏋️♂️, na sztange wciąż dokładam.
Ławeczke mam ustawiona pod sosnami i przy wyciskaniu i rozpietkach korony drzew ogladam.
"Ostatnie w tym roku" lody chyba już trzy razy jedliśmy, ale prognozy pokazuja, że teraz to chyba koniec tych przyjemności, a w każdym razie przerwa w nich.
A że pomidory właśnie niedaleko naszego leśnego domku kupuję, to będzie koniec z nimi...😕
Długie było to lato, inne niż zwykle, zupełnie inne. Trudne, pełne pytań i wątpliwości na wiosnę, nerwów, decyzji. Potem spokój i powolne wracanie do siebie dzień po dniu. Uczucie bezsilności, kiedy to do własnej stopy nie można dosięgnąć i większość czynności trwa w nieskończoność i wymaga ich zaplanowania.
Różowy obłok szczęścia, na którym wciąż się nad ziemią unoszę, od czasu jak już zaczełam odzyskiwać swoje własne ciało.
Nawet perspektywa jesiennego sprzątania cieszy, a zaglądanie do wszystkich kątów szafy i szafek wydaje się ekscytujace...
Wciąż jest ich dużo, całe wiadra ludzie z lasu wynoszą i zabieraja się już za ich czyszczenie, jak ja, dopiero co moje poranne, rowerowe kółko zaczynam.
Ale coś tam zawsze się trafi. Nie na ilośc tylko na jakość idę, a jak coś pięknego wpatrzę, na kolana przed tym czymś padam nie patrząc, że ziemia mokra to foto sesję urządzam.
Ze ślimakami, pajakami i ćmami słabo w tym roku, niewiele się pokazało i raczej przeciętne.
Ale wychodząc rano na leśna drogę spotkałam zwierzę wielkości chudego kota na krótkich łapach, o figurze łasicy, prawie czarnego, bez żadnych jasnych plam na pyszczku. Norka amerykańska?
W każdym razie sąsiedzi swoich kur muszą teraz mocno pilnować.
Ale najpierw niespodzianka! Taka to postać pojawiła się w niedzielę, około 9, na rondzie, w głównym miejscu Długosiodła. I wisiała tak sobie ze trzy godziny co najmniej, ludzie z kościoła tłumnie na lody szli tuż obok, stali i lizali te lody, masa dzieci i nikt jakoś nie pomyślał, że to nie jest najbardziej odpowiednie miejsce dla takiej lali 😯
A grzybów było tyle ile trzeba, nie za dużo, bo nie bardzo lubię się z nimi potem optykać.
Tylko moment znalezienia się liczy! S. dusi je potem i podaje z kaszą, ja dwa słoiczki marynowanych zrobiłam - większość była mała, twarda (grzybów nie słoiczków) - akurat.
A ja zbieram je podczas jeżdzenia na rowerze po lesie, troche zerkam na boki i w miejsca znane zaglądam, ale nie bardzo się do tego zajęcia przykładam.
We wtorek miałam wizyte kontrolną mojej endo, wszystko ok, nawet zakresów nie muszę pilnować, operator powiedział, że mam teraz życ jak lubię, bo po to ta operacja była.
Więc żyję 😀! Już w środę było spijanie śmietanki po tych wszystkich trzymiesięcznych "niedogodnościach" - mój pierwszy w życiu escape room (w sprawie rozwiązywania zagadki nie na wiele się przydałam, ale usłyszałam od wnuczki, że to dzięki mnie mogli tam pojechać). Pojechaliśmy pociagiem i był długi spacer, przyjemność przez pewien czas niedostępna dla mnie - spacery bolały. Potem jeszcze, po powrocie, zabawa na podłodze, w różnych pozycjach, wszystkich zaskakująco komfortowych. Może trochę za dużo tego było, bo mięsień na drugi dzień trochę nie bardzo był zadowolony i wyraźnie dał to odczuć przy chodzeniu 😕
A dzisiaj pierwszy dzień w biurze, powitania, pytania jak tam, zdziwienie, że tak szybko tak dobrze. Opowiadanie co tam nowego, a było tego dużo.
Niedawno była przeprowadzka całego działu z piętra na parter (zamiast balkonów w blokach naprzeciwko, mam teraz widok na zielone, wysokie tuje, mam nowe biurko, kontenerek pod nim, klawiaturę i myszkę. Cudownie czyste 🤩. I klima jest daleko i nic na mnie nie wieje.
Korposiłkę znowu pod nosem, dzisiaj była klata, plecy, bic i tric 💪
Pomiedzy deszczami, co za szczęście!!, lekarz medycyny pracy i oficjalnie podpisany urlop od 10 września. I cała masa zadań, które musze przed tym urlopem zrobić!
Pamiętam co pisałam wcześniej, że dobrze mi było na zwolnieniu, że nie chce mi sie wracać do biura. Myliłam się, lubię swoją pracę i ludzi z którym się tam spotykam.
Od teraz w m-cach będę czas liczyła i to nieczęsto.
Zapominam o endo, to jedno z moich większych zaskoczeń, że jej się nie czuje (tzn ja jej nie czuję).
Nie zapominam za to cieszyc sie wszystkim co teraz mogę 😁. Codziennie! Po kilka razy!
Codziennie mój zestaw ćwiczen robię, czas zawsze znajduję, chęci nie, ale ignoruję to uczucie. I bez chęci ćwiczenia działają 😉.
Ilość km na liczniku rośnie, różne cele dla urozmaicenia wybieram, dziwne czasami jak np imprezy działkowo lokalne= otwarcie nowego mostu nad Narwią.
A zaraz na poczatku tygodnia, po raz pierwszy w życiu, ugryzł mnie pies!😡 W wioskach przez które przejeżdżam, w okolicach naszej działki, wszystkie psy są na podwórkach, a płoty są porządne. Prawie wszystkie, bo zdarzaja się małe dziamgoty, biegnące za moja nogą. Pomaga zatrzymanie się i wzięcie do ręki butelki z wodą. I nawet tego bym chyba przy tych najmniejszych nie robiła, ale kiedyś jeden z nich zadrasnał mnie w łydkę, a dom stojący w lesie nie zachęcał, żeby wejść do niego i o dowód szczepienia psa pytać 😏.
Przy jednym domu, koło którego regularnie przejeżdżam i obszczekuja mnie dwa nieduże psy (mijam to miejsce prowadząc rower), wyszedł kiedys ich właściciel, przeprosił i powiedział, żeby nie zwrać na nie uwagi, nie bać się, one tylko ujadają. No więc tak zrobiłam. A większy od razu wystartował i złapał mnie za łydkę!! Bolało nawet nie samo ugryzienie, tylko mocne ściśnięcie. Zsiadłam z roweru, pies uciekł, właściciel się pokazał już z daleka wołając, żeby się nie bać, bo one nigdy, nikogo.. jak zobaczył dwie strużki krwi i pościerana skórę, strasznie przepraszał, zapewniał, że psy szczepione oczywiście. Chciałam zobaczyć dowód tego szczepienia, wyciągnał z portfela malutki kawałak plastiku z kodem QR, który po otworzeniu pokazywał dane psa (zaczipowany). Przemyłam łydkę wodą, potem odkaziłam, wyżaliłam się S..
Kolejny raz jak przejeżdżałam tamtędy, psy nie biegały juz po ulicy.
Kontrolne rtg zrobione, opis endo pozywywny, opis biodra drugiego nędzny ☹️. Mrozi mnie to zawsze, jak tasak nad karkiem wiszący, ale na razie nie boli..chwilo trwaj!
We wtorek wizyta kontrolna u operatora, na którą oczywiście popedałuję 🚴
A od poniedziałku powrót do biura na kilka dni i urlop ☀️🌻
Wstępnie Kaszuby wybraliśmy, ale tak naprawdę pogoda zadecyduje.
Bo mogę już wszystko😀 (oprócz pełnego zgięcia, ale to mała przeszkoda).
Prawie juz koniec tych pierwszych , najtrudniejszych i najbardziej ryzykownych trzech miesięcy, czas teraz najprzyjemniejszy = spijanie śmietanki, ale już kończy się powoli, razem z latem 🌦️.
Na rowerze ponad 400 km endonoga wykręciła, paliwo dobre bardzo dostaje i w godzinach odpowiednich, bez słodyczy, kupnych gotowców itp. Dodatek główny, w dużych ilościach - przepyszne pomidory, uprawiane niedaleko naszej działki, 50 różnych gatunków podobno!
Malowane kamyki zaczęłam znowu przewozić z miejsca na miejsce, powolutku zabawa zaczyna się rozkręcać w okolicach naszej działki.
Na sztangę ciężaru dołożyłam, co od razu po ramionach widać, endo noga wygląda już tak jak noga lewa, obie wyglądaja dobrze, jak silne nogi.
Kontrolny rtg potwierdził, że wszystko ok, w przyszłym tygodniu wizyta u operatora, od września, jak dziecko do szkoły - ja do biura.
Kolejne skarpety prawie skończone - testy wzoru inspirowanego Ełkiem, jakiego - to tajemnica na razie, tylko lewą, bardzo łatną zresztą stronę moge pokazać.
Na rtg rowerem pojechałam i do stomatologa (15 km w jedną stronę), trochę czasu pomiędzy miałam = okazja, żeby do zary wstąpic i nie tylko, troche pozglądać. Rower przypięłam pożyczonym, nie pierwszy raz, od S., szyfrowanym zabezpieczeniem.
I czas już na wklejenie inlaya jechać, a zamek nie chcę się otworzyć! Tak, szyfr pamietam doskonale, nie, to nie ta przyczyna!
Kręcę w tą i tamtą, jak najdokładniej cyferki ze soba zestawiam, mocnio ciągnę i delikatnie. Czas kurczy się, wiatr się zrywa i deszcz mocno zaczyna zacinać. Ale na szczęście, tuż obok taksówki stoją, więc poddaje się, wsiadam do jednej z nich, jadę do dentysty, wracam już autobusem, walczę z zapieciem jakiś czas, pan z taksówki (innej już) przyłacza się do prób uwolnienia roweru. Nic z tego.
Wyszukuję najbliższego ślusarza, po 15 minutach przyjeżdża bardzo miły i kompetentny pan (nie ma narzędzi do przecinania stali, jak sobie wyobrażałam, tzn. może ma w aucie), pyta o numer kodu, kręci tak z pięć minut, albo może mniej, otwiera przy innym ustawieniu cyfr. Już tak kontrolnie, poza rowerem, zamyka i otwiera. Pokazuje mi - znowu cyferki ustawione inaczej. Linka sie rozkodowała, do śmieci idzie, a ja wreszcie do domu.
Przygoda 300 pln mnie kosztowała 🤑.
Jeszcze w środę u fizjo narzekałam, że kawałek mięśnia w udzie taki "nie mój", drewniany jakby i jak się zmęczy to boli. I jak za długo odpoczywa, to tez boli podczas pierwszych kroków.
A już w czwartek, wreszcie, to uczucie zniknęło, chodzenie bez problemu, rower - bajka.
Pierwsza dłuższa rowerowa trasa - 24 km bez problemu, wszystkich km endonogą już wykręconych licznik pokazał ponad 200 km!
Marsze z kijkami 4 km spoko, ponad 6 to już z odpoczynkiem, ale i tak sukces. Kilka lat nie chodziłam jak nie musiałam ☹️.
Codziennie 40 minut rehabilitacji sumiennie robione.
A na wsi zmiana dekoracji = bocianie gniazda puste, na polach bale z sianem wszędzie leżą. Umilkły ptaki, a czerwone maki w brunatne makówki się pozamieniały.
A w lesie wrzosy zaczynają kwitnąć 🤩 i dziwne grzyby wyrastają 🤔
Koniec sierpnia to koniec zwolnienia i powrót do biura. Wczesniej RTG bioder (wizyta u lekarza z Medicover, żeby przepisał mi skierowanie, wtedy zrobię je w ramach mojego abonamentu). Wizyta kontrolna u mojego operatora, a potem z zaświadczeniem, że leczenie skończone, wizyta u lekarza medycyny pracy gdzie nie wiem, czy sama mam się umówić, czy korpo HR to zrobi. Muszę skontaktować się z nimi i z moim przełozonym to sie dowiem.
I jeszcze, we wrzesniu bym chciała iść wreszcie na urlop, ciekawa jestem jaka będzie reakcja, bo dopiero co bym do roboty wróciła i znowu na prawie trzy tygodnie znikneła. Ale urlop planujemy na Kaszubach (okolice Wieżycy), albo tam gdzie pogoda będzie i jest co robić, ale w PL albo Czechy, więc im szybciej, tym lepiej.
A wracać mi się nie chce 😟. Przepracowałam już dwa lata dłużej niż ustawowo muszę i z pełnym przekonaniem wszystkim opowiadałam, że tak, no kasa oczywiście to powód nr 1, ale jeszcze kontakty z ludźmi, rozwój, nowe wyzwania (naprawdę je lubię), rytm dnia itp. Że emerytura to trochę boczny tor i marazm.
A te miesiące bez pracy zweryfikowały moje przekonania zupełnie. Były ciekawe, wypełnione od świtu do nocy, fakt, że rehabilitacja zajmowała dużą część i głowy i dnia, a na początku szczególnie spałam i spałam, a to co robiłam to kilka razy dłużej. Ale nie chce mi się do mojego korpo wracać i kasa pozostała jedynym (mocnym !) argumentem na tak.
A dzisiaj wizyta u stomatologa i decyzja co będzie z moją ósemką. I może, może, do Blue City zajrzę i coś tam pomierzę? Spodnie, takie do kolan, luźne z kieszeniami, bardzo by mi się przydały. I koszulki jakieś. Coś nowego 🤩
Najpierw tak zwiadowczo - na placu przed garażem, po bocznych uliczkach i wreszcie po parku (park w stanie okropnym, stawy zarosniete glonami i rzęsą, ptaków prawie nie ma, jakieś dwie kaczki i to wszystko).
Różne powierzchnie drogi, asfalt, szutr, troche wertepów, ok 6 km wszystkiego. Przy wsiadaniu muszę się trochę skoncentrować, bo rama za wysoko na endonogę, a druga noga niezwyczajna 😒. Ale sama jazda super. Nic nie przeszkadza, nie boli, jest moc!!! Dzień następny 12 km, potem 20! 😁 itd
Do Długosiodła na lody (jedna kulka truskawkowych), drugiego dnia nad Narew.
Przysiady, wykroki, wszystkie ćwiczenia też bez problemu mi idą, najgorsze jest wciąż chodzenie. 3 km po lesie bez kijków = lekki ból uda następnego dnia.
A na Kurpiach Białych sianokosy. Po łąkach jeżdżą kombajny, ale mural w skansenie pokazuje, jak to niegdyś bywało.
A w lasach, oprócz kurek pojawiły się kanie 🤩
A do domku wieczorem wlatują ogromne czarne potwory!!!















