W moim parku, dużym, z wieloma stawami i brudną rzeką, łabędzie są od zawsze.

W różnych ilościach, zaobrączkowane i zadbane.

Ale tej wiosny (dwa tylko były) były zaloty 💖, wicie gniazda w trzcinach i pływanie po okolicy w powiększonym już mocno gronie (tata łabędź z przodu, syczący co chwila, z rozłożonymi groźnie skrzydłami).

Wszystko to bogato dokumentowane przez parkowych fotografów, bo maluszki cudne były = malutkie puchate kuleczki.

Potem młode podrosły, jeszcze tylko nauka fruwania przyciągnęła ciekawskich. A teraz są takim etapie rozwoju jak w bajce  Brzydkie Kaczątko - jakby brudne i niewyrośnięte. Cała rodzina wciąż trzyma się bardzo blisko.

I w zeszłym tygodniu pojawił się ten obcy 😯!! I to nie na jakimś wolnym stawie, tylko tym najlepszym, przy którym karmnik z jedzeniem dla ptaków stoi i na największym, gdzie jest szkoła latania.

Przez kilka dni tata łabędź skrzydła stawiał co chwila i syczał, młode go naśladowały. Aż wreszcie, tata i obcy zaczęli się dziobami podszczypywać, coraz bardziej i bardziej, obcy dostał cios w głowę, krew się polała, obcy uciekł na brzeg, pod koła roweru prawie (nie, nie mojego, ja ta historię znam tylko z fb relacji, bogato ilustrowanej zdjęciami), w panice wskoczył znowu do wody i wtedy tata złapał go za gardło - dosłownie - dusił go zaciskając dziób tuż pod głową obcego. Jakiś przytomny pan rozdzielił walczących (nie wiem, niestety jak).

Całą sprawa została zgłoszona do fundacji opiekującej się łabędziami.

Obcy zniknął, a rodzina odzyskała swoje stawy.



Brak komentarzy: