Ostatnia z tras planowanych na ten wyjazd, co do której straciłam już nadzieję, że się odbędzie 😕. No bo jak wieje, to gdzie jak nie tam!!
No ale w czwartek raz śmierć kozie sobie powiedzieliśmy = nie ma co gdybać, trzeba zobaczyć co i jak, a najwyżej uciekać szybko.
Wyciąg na Palenicę jeździł co pół godziny i nawet sporo chętnych było. Takich do wjazdu, zrobienia fotki na tle malutkich Trzech Koron, albo nie wiem czego właściwie, bo armatki huczały bardzo i bardzo sztuczny śnieg kotłował dookoła, chociaż dla narciarzy to wciąż było go dużo za mało.
Jeszcze zdążyłam, na dole, do dwóch butelek wodę ze źródła Szymona nabrać, wiadomo - śmierdzącej trochę i niedobrej. Słabość mam do takich wód mineralnych.
I na krzesełku/kanapie nie zmarzłam wcale. Potem też było całkiem ciepło (no ale to pod górę się idzie), aż do miejsca, gdzie wszystkie wyciągi się kończyły i ustawione tam były armatki w taki sposób, że szlak i jego okolice (żeby łatwo przeszkody nie można było ominąć) zamienione były w dosyć głęboki strumień, ukryty pod warstewka lodu! A w próbującego jakoś się przedrzeć w miarę suchą nogą człowieka, wyrzucały po ciśnieniem mokrą, białą masę zasypując w trymiga okulary, mocząc rękawiczki i co się tam jeszcze dało.
Ale już potem było cudnie. Słońce wyszło, wiatru nie było, śniegu akurat i oprócz nas prawie nikogo.
Tatry z Wysokiego Wierchu niebieskie się wydawały, zawieszone w chmurach. I sporo jeszcze dnia zostało, więc na wysokości Durbaszki, przy herbacie z termosu i kawałku bananowca, odważna decyzja zapadła - idziemy dalej.
Dalej zima jeszcze bardziej jak zima wyglądała, a wiatr coraz mocniejszy, ale w plecy najczęściej.
Na Wysokiej już taki późny zachód był, piękny, z widokami na wszystkie strony 😮.
Potem już zmrok szybko zapadł, w wąwozie Homole to tylko metalowych schodków i mostków się naoglądałam.
Piękny dzień, nr jeden tego wyjazdu. Ostatni.
W piątek rano jeszcze sama po Sokolicę weszłam, tak na pożegnanie Pienin, dwa malowane kamyki znalazłam (kwiatki i śpiącego, białego misia), ostatki na śniadanie i do domu.
Nie bałaś się tak o te barierki opierać? One tak trochę na skorodowane wyglądają. Góry są cudne, nawet jak zimno i wietrznie, choć ja je oczywiście znam zimą tylko z nart. Już w domu?
OdpowiedzUsuńNie bałam się, to był mocny kawał metalu! Wczoraj wróciliśmy. Bez opadów po drodze, ale tempo dosyć ślimacze już przed Nowym Targiem się zaczęło, dopiero jak Kraków minęliśmy, szybciej można było pomknąć. Jak Twój wyjazd?
UsuńCholera tyle napisałam i znikło. To jeszcze raz-cudownie! 2 kraje, 4 miasta, 5 muzeów, Tivoli. Pogoda mega, sloneczko, choc na pólnocy w miastach portowych wiało jak cholera. Cudowna skandynawska atmosfera, kultura, design (krzesła bedą mi się sńic po nocach). trzymanie dystansu, cisza, spokój, czyste powietrze. Do tego cudowne dziecko, z którym zero roznic zdań, nawet ani razu nie bylo jakiegokolwiek spięcia. Odpoczełam, naładowałam akumulatory, nawdychałam się vibe skandynawskiego, no i teraz już zwarta i gotowa zaczełam trenowanie, wpierw do proby wysilkowej 15 stycznia, a potem narty 2 marca. Bardzo tego potrzebowałam.
Usuń😃👍
Usuń