Jeszcze okruszki lata, ze zdziwieniem, znajduję gdzieniegdzie: kwitnące maki na opuszczonym trawniku, stokrotki pośród brązowych już liści, mokre trochę dmuchawce.



Resztki pomidorów, które dojrzały na parapecie.



Ale zima tuż tuż. Na drzewach juz tylko nieliczne liście zostały, a ręce marzną podczas dłuższego pedałowania, nawet w tych cieplejszych rękawiczkach.



I przymus taki wewnętrzny odczuwam, żeby posprzątać teraz w domu tak dokładnie (pomimo, że bardzo sprzątać nie lubię), uprać wszystko co można (pomimo, że pralka cieknie gdzieś z tyłu i szmatę, która kiedyś była ręcznikiem muszę podkładać i martwić się, że to za mało i że.. tu cała lista z tym związanych nieszczęść się rozwija np. woda pod płytki na podłodze się dostanie i grzyb wyrośnie, albo plamy u sąsiada na suficie się pojawią, albo..) pod łózko zajrzeć, pod grzejniki i za pralkę (tu S. mnie ubiegł, bo badając przyczynę wycieku, przy okazji wszystko wypucował).


Słucham teraz, często, ale krótko, któryś tam już raz Wintering K. Maj, rezonują teraz we mnie jej słowa, różne, nieznane mi strony zimy pokazując.


A w ramach rozrywki, rozwoju i wychodzenia ze strefy komfortu, zapisałam się na Wyzwanie 30 dni listopad, które na fb prowadzi cyklicznie mój guru morsowania Valerjan Romanovski. 

Różne ćwiczenia i solidna porcja wiedzy. W komentarzach każdy pokazuje i opisuje, jak mu idzie.


I zaraz się rozchorowałam🤧, ale okazało się możliwe, że mój udział zostanie przesunięty na grudzień, co przy okazji, dostarczy mi znacznie mocniejszych bodźców 🥶.


Brak komentarzy: