Czyli dzień pierwszy i drugi.
Zupełnie różne.
Bliżej Sokolicy to już chyba mieszkać się nie da. Więc od razu z buta. Słońce, lekki mróz, szron i posypka śniegu. Mało ludzi. Ślisko, no ale my w raczkach.
Idealnie. Sosenka odrasta, widać Tatry.
Potem szlakiem w stronę Zamku i Trzech Koron na zachód. S. z plecakiem sprzętu, no ale po drodze dzień się nam skończył🫤. Spokojnie zeszliśmy w dół na pierogi, już nawet menu nie czytamy. Stały zestaw: kawa x2 oscypek z żurawiną i pierogi: ruskie, z mięsem i ze szpinakiem, zestaw surówek.
No a dzisiaj - chmury, mocny wiatr = nowość. Śnieg i lód jak wczoraj. Autem za Szczawnicę (ależ tam dom na domu i jak blisko te wszystkie domy ulicy). I pod górę. My coraz wyżej, wiatr coraz większy. Od tyłu na szczęście, ze śniegu wiatr mini trąby powietrzne kręci, bo my po polu się wspinamy. Oprócz nas prawie nikogo. W lesie trochę oddechu złapaliśmy, kilka łyków herbaty, kilka kęsów bananowca.
Potem jeden zakręt, drugi i co było nieuchronne nadeszło - powrotna, znaczy pod wiatr część drogi. Kaptury pozapinane na maksa, z oczu płyną łzy, z nosa też coś o tej samej konsystencji. Długo dosyć to trwało. Potem wiadomo - na pierogi i na oscypka. I laba w domu.
Miło widzieć najsłynniejszą sosnę w kraju w dobrej kondycji!! Niedawno o niej myślałam.
OdpowiedzUsuńW moim korpo koleżanką obok, ma na wygaszaczu kompa ta starą jeszcze. Teraz w głowie mam dwie wersje 😀
OdpowiedzUsuń